Rozdział 26

Trzask odległego serca. Ręka znikająca w mroku. Dokonał wyboru, a jednak nie potrafiłam go porzucić. Cierpienie, samotność… Był niczym więcej jak dziecko szlochające w ciemności. Jego ból mnie przeszywał. Niewidzialne łzy spływały po policzkach. On był mną, a ja nim. Stanowiliśmy jedność. Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć? Proszę, nie zostawiaj mnie. Nie udawaj, że wszystko jest w porządku i nie potrzebna ci pomoc. Ja… nie pozwalam ci! Bez ciebie moje istnienie jest niepełne, pozbawione sensu. Nie mogę dopuścić do tego, byś zatracił się w mroku. Muszę walczyć!

Przebudzenie było gwałtowne. Żadnego wyłaniania się z toni, łagodnego przechodzenia z niebytu do rzeczywistości. Po prostu otworzyłam oczy, napotykając nieskazitelnie biały sufit. Szpital? Nie, brakowało charakterystycznego zapachu środków dezynfekujących. Poza tym nie widziałam innych pacjentów, a panująca wokół cisza wręcz przerażała. W takim razie przez kogo zostałam ocalona? Zaraz, stop. Należało zacząć od innego pytania – jakim cudem w ogóle przetrwałam? Pamiętałam, że stanęłam do walki z Millianną, ponosząc sromotną klęskę. Złapałam się na tani chwyt, otrzymując cios prosto w krtań. Upadłam, brocząc krwią oraz błagając o ratunek jak nic nie warty śmieć. A potem zjawiła się skrzydlata postać… Tu wspomnienia się urywały. Mogłam więc założyć, że ów osobnik był moim wybawcą. Tylko, że nawet jeżeli pokonał Posłanniczkę (co już samo w sobie było wyczynem), to zatamowanie rany zadanej Kosą wydawało się cudem. No i dlaczego Śmierć zostawiła mnie w spokoju, zamiast wysłać innego sługę, by dokończył dzieło poprzedniczki?  Kolejne zagadki do rozwiązania, a ja leżałam przykuta do łóżka oraz niepewna dalszego losu. Ile już tu tak tkwiłam? Powinnam być wdzięczna, że żyję, jednakże bezsilność mnie wykańczała. Każdy głębszy oddech przypłacałam bólem. Ciało zdrętwiało od zbyt długiego leżenia w jednej płaszczyźnie. Nie mogłam nawet nikogo zawołać. Głos odmówił posłuszeństwa i nic dziwnego, skoro struny głosowe rozszarpało ostrze. Właśnie, jeszcze to. Byłam przekonana, że zdematerializowałam się przed walką. Zatem czemu posiadałam ciało?  Do głowy nie przychodziło mi choćby najbardziej nielogiczne wytłumaczenie. Powrót do ludzkiej postaci był po prostu niemożliwy bez przeprowadzenia rytuału, więc jak to się stało? Westchnęłam bezgłośnie, podejmując kolejną próbę zmiany pozycji. Oczywiście nic z tego.
- Ach, obudziłaś się. Wybacz, nie zauważyłem. Spałaś tak długo, iż zaczynałem się martwić. – Przytłumiony głos dotarł do mnie z głębi pokoju. Cholera, nie zauważyłam go! Serce automatycznie przyśpieszyło. Mógł zrobić ze mną, co chciał. Nie dałabym rady się obronić, gdyby zaatakował. Z drugiej strony melodyjny bas brzmiał dziwnie znajomo. Miałam wrażenie, jakby należał do dawno niewidzianej, bliskiej osoby.
- Nie denerwuj się, nie mam złych zamiarów, księżniczko – mruknął urażonym tonem. Księżniczko? Nie przypominałam sobie, bym pozwoliła komuś siebie tak nazywać. Zresztą po co? Nie pasowało to do mnie.
- Czyżby? Ja uważam, że to odpowiednie określenie. – Czy on właśnie…? Zaczynałam się bać. Umiejętność czytania w myślach należała do najbardziej prestiżowych.
- Nie musisz się tym przejmować. Nie będę naruszał twojej prywatności więcej, niż to konieczne. Chwilowo nie możesz mówić, prawda? A ja nie potrafię czytać z ruchu warg. Poza tym dużo z tym zachodu… - Zamilknął na chwilę, oczekując na reakcję albo zastanawiając się, co powiedzieć. Miałam przytaknąć? Westchnął.
- Widzę, że uratowanie życia nie jest dostatecznym dowodem na moje przyjazne nastawienie wobec ciebie. Cóż, trochę mi przykro, ale rozumiem. Dlatego to nasza jedyna rozmowa do czasu, aż dojdziesz do siebie. I tak miałem kilka rzeczy do załatwienia. Do zobaczenia, księżniczko. Miejmy nadzieję, iż następnym razem będziesz pozytywnie do mnie nastawiona. – Przytłumione kroki, trzaśnięcie drzwiami i już go nie było. Chciał mnie tak zostawić? Chyba nie, bo po chwili ktoś zajął jego miejsce. Głowa dziewczyny zawisła nade mną, lustrując wielkimi oczami koloru nieba latem osobę, którą kazano jej się zaopiekować. Odwzajemniłam spojrzenie, a ta speszyła się, szybko cofając się poza zasięg wzroku.
- Przepraszam strasznie za swoją zuchwałość, panienko. Po prostu nigdy nie widziałam, żeby zajmował się kimś z taką troską… W każdym razie od dzisiaj będę pomocą panienki. Nic nie szkodzi, że nie może panienka mówić. W przeciwieństwie do niektórych osobników, potrafię czytać z ruchu warg i mam całkiem niezłą intuicję. Ach, prawie zapomniałabym, powinnam zacząć od przedstawienia się. Jestem Lucienne de Anenvayard Blankout. Zazwyczaj wszyscy nazywają mnie Lucy, panienka też może, kiedy już odzyska głos.  Specjalizuję się w hospitalizacji osób po ciężkich urazach magicznych. Muszę jednak podkreślić, że pacjentem zaatakowanym przez Posłannika zajmuję się pierwszy raz. Mimo to dam z siebie wszystko! – zakończyła entuzjastycznie. Przewróciłam oczami. Straszna gaduła, w dodatku roztrzepana… Niemal natychmiast na myśl przyszła mi Justine. Na pewno się o mnie martwiła. Znowu dostarczyłam jej trosk. Czułam się przez to paskudnie, ale jedyne, co mogłam zrobić, to przeprosić po powrocie i pomóc w odzyskaniu Sementii.
- Eee… Wybaczy panienka, ale muszę wyjść. Proszę odpocząć w tym czasie, bo później popróbujemy rozgrzać mięśnie. – Klasnęła w ręce, najprawdopodobniej chcąc dodać sobie animuszu, po czym wyszła. Zostałam sama z gonitwą myśli oraz drżącym sercem. Traktowali mnie podejrzanie dobrze. Mogłam jedynie domyślać się, jaki będzie finał tej historii.


***

To było nasze pierwsze spotkanie. Od tamtego dnia minęło kilka tygodni, podczas których Lucy towarzyszyła mi nieustannie. Krzątała się z nadzwyczajną energią, bez słowa pomagając przy najbardziej prowizorycznych czynnościach. On nie zjawiał się prawie nigdy. Czasem słyszałam tylko jego głos na korytarzu dopytujący o moje zdrowie oraz wydający Lucienne polecenia. Kilka razy, myśląc że śpię, wślizgiwał się do pokoju i lodowatymi palcami głaskał po twarzy. Nie rozumiałam tego zachowania. Byliśmy sobie obcy, nie zdradził choćby własnego imienia, a jednak zapewniał mi opiekę. Do tego nocne wizyty… Podświadomie czułam, iż darzy mnie sympatią. Oznaczałoby to, że spotkaliśmy się wcześniej, ba, znaliśmy się całkiem dobrze. Pytanie, dlaczego nic nie pamiętałam, mimo że jego osoba wydawała mi się znajoma? Za każdym razem, gdy słyszałam nieco mroczny, ale jednocześnie kojący głos wybawcy dziwne ciepło rozprzestrzeniało się we wnętrzu. Miałam ochotę z nim porozmawiać, lecz zawsze mnie zbywał. Mówił Lucy, iż to jeszcze nie pora, gdyż nie jestem wystarczająco silna. Bzdura! O wiele bardziej niż obrażenia ciała dokuczała mi niepewność. Pragnęłam wycisnąć z niego ile się da, a następnie wrócić do Shane’a i Justine. W samotne wieczory prześladowała mnie wizja ich śmierci. Jak sobie radzili? Czy demony dały chłopakowi spokój czy może padł już ich ofiarą? Bałam się, że po powrocie okaże się, iż przybyłam za późno. Jak na złość odbudowanie kondycji zdrowotnej sprzed walki trwało dużo dłużej, niż bym chciała. Wprawdzie moja opiekunka była zaskoczona tempem regeneracji organizmu i przyglądała mi się coraz podejrzliwiej, ale to było za wolno. Każdy dzień wzmagał tęsknotę za Sorrow, tylko że… jakaś część mnie chciała z nim zostać. Byłam rozdarta, zagubiona oraz słaba. W niczym nie przypominałam dumnej Posłanniczki, która przybyła na Ziemię, by szybko uporać się z kłopotliwą misją. Kto by pomyślał, że wszystko się tak potoczy?
- Panienko?! Słyszy mnie panienka? – Słodziutki sopranik wdarł się do głowy, domagając się uwagi. Odruchowo spojrzałam w kierunku Lucy, właścicielki owego wkurzającego głosiku. Musiałam przyznać, że była śliczna. Nie dorastałam jej do pięt. Oczy magnetyzowały od pierwszego spojrzenia, ale cała reszta w niczym im nie ustępowała. Białe, sięgające podbródka włosy przypominały puch. Z lewej strony kilka pasm zaplotła w niewielki warkoczyk przewiązany czarną wstążką. Mlecznobiałą skórę zdobiły niewielkie rumieńce. Wąskie, różane usta niemal zawsze rozciągały się w serdecznym uśmiechu. Skromna, biała sukienka zapinana pod szyję wiele dziewczyn upodobniłaby do staruszek próbujących na siłę się odmłodzić, lecz na niej leżała wspaniale. Drobne rączki ukrywała za plecami, co potęgowało wrażenie niewinności. Ponadto na jej twarzy zawsze malował się spokój, nawet gdy coś zepsuła albo zapomniała postawić jedzenie bezpańskim kotom włóczącym się po okolicy. Po prostu anioł – to skojarzenie przyszło mi na myśl, kiedy pierwszy raz ujrzałam ją w całej okazałości.
- Niech się panienka tak nie patrzy. To zawstydzające – mruknęła, czerwieniejąc po same uszy. Bezwiednie się uśmiechnęłam.
- Przepraszam, ale jesteś taka słodka, iż nie mogę oderwać wzroku. Poza tym prosiłam, byś mówiła mi po imieniu, bo „panienka” strasznie mnie zawstydza. Uznajmy więc to za małą zemstę.
- Niech będzie – skapitulowała, wzruszając ramionami.  – Lepiej niech panienka powie, jak się czuje.
- Świetnie – podsumowałam krótko. Sama powinna najlepiej wiedzieć, że stan mojego zdrowia uległ znacznej poprawie. Wszystkie rany zniknęły. Głos, który miałam za stracony bezpowrotnie, udało się odratować. Nie mogłam wprawdzie krzyczeć, ale zwykłe mówienie przychodziło mi dosyć łatwo. Dzięki ćwiczeniom z Lucy odzyskałam pełną sprawność oraz poruszałam się bez problemu. Jedynym problemem były moce, które zniknęły. Nie miałam przy sobie Selene, nie czułam aury, a o przejściu do formy duchowej mogłam pomarzyć.  Tylko czy aby na pewno stałam się zwykłym człowiekiem? Miałam wątpliwości z dwóch powodów. Po pierwsze: już raz umarłam. Po przegranej z innym Posłannikiem powinnam zatracić się w niebycie lub przynajmniej na powrót przejść do formy przeciętnej, uwięzionej na tym świecie duszy. Tymczasem miałam ciało stanowiące kolejną zagadkę. Goiło się nieprawdopodobnie szybko. Normalnemu człowiekowi rehabilitacja po takim urazie, o ile w ogóle byłaby możliwa, zajęłaby zdecydowanie więcej czasu. W co się zatem przekształciłam i jak wiele on miał z tym wspólnego? Chciałam poznać odpowiedzi, lecz mogłam jedynie czekać na jego decyzję.
- Zdecydowanie za dużo panienka myśli. Jestem tu, by mogła się panienka wygadać. Trochę to smutne, iż nie chce panienka ze mną rozmawiać, choć spędzamy razem tyle czasu – burknęła Lucy, robiąc minę obrażonego dziecka.  – No, ale nie po to tutaj przyszłam. Złożyłam właśnie raport odnośnie panienki zdrowia. Zdecydował, że już czas.
- Naprawdę? – Ożywiłam się. – Nareszcie!
- Nie chcę być bezczelna, ale zdaje się, iż musi panienka kogoś strasznie kochać.
- Kochać? Nie, martwię się o przyjaciół, to wszystko. – Poczułam, że zaczynam się rumienić. Lucy posłała mi pełne niedowierzania spojrzenie i z precyzją godną mikrochirurga zaczęła rozpakowywać jakąś paczkę.  Zaciekawiona zajrzałam jej przez ramię, ale odpędziła mnie zniecierpliwionym ruchem dłoni.
- Nie ma się co niecierpliwić. Poprosił, bym doprowadziła panienkę do porządku i przyprowadziła, więc chyba zniesie panienka kilka upiększeń? Nie może się panienka pokazać w pidżamie przed dorosłym facetem -  tłumaczyła, rozkładając na łóżku podejrzane pudełeczka.
- Nie wygląda to dobrze - zajęczałam, na co odpowiedziała lekkim uśmiechem. Nie przyznałam się dotąd nikomu, lecz utrata większości włosów mnie zabolała. Były moją dumą, a teraz sięgały, podobnie jak u Lucy, za podbródek. Zresztą nie rozumiałam, po co ta szopka. Widywał mnie już w gorszym stanie i nie narzekał.
- No już, pora się przygotować. – Lucienne nie dała możliwości sprzeciwu. Musiałam wytrzymać. Czesanie, malowanie… Myślałam, że to nigdy się nie skończy. Na końcu wręczyła mi jeszcze sukienkę.
- Chyba żartujesz. Kieckę tak pieczołowicie przede mną ukrywałaś? Czy koniecznie…?
- Tak – przerwała mi. – Szybko ubierz ją i przejdziemy do salonu.
- Niech będzie – westchnęłam. Kreacja była naprawdę śliczna, więc niepotrzebnie narzekałam. Biała sukienka z delikatnego materiału przewiązana w pasie czarną szarfą.  Do tego rozkloszowany dół, który nadawał zwiewności oraz elegancji oraz wiązanie na sznurki przechodzące na krzyż przez plecy i obtulające szyję. Całkiem śmiała.
- Wygląda panienka cudnie. – W oczach Lucy dostrzegłam autentyczny zachwyt. Niemal natychmiast podstawiła mi olbrzymie lustro dotychczas tkwiące za szafą. To… ja? Nie poznawałam się. W lustrze widziałam smukłą, acz niewysoką postać, której rysy stały się ostrzejsze w porównaniu z wcześniejszymi. Widocznie rana oraz leczenie odcisnęły piętno na wyglądzie, ale nie oszpecało mnie to. Skóra stała się blada, przypominała odcień, jakim mogła pochwalić się Lucienne. Włosy… Ku mojemu zdziwieniu nie było tak źle. Układały się w delikatne fale, a  grzywka, podpięta srebrnymi wsuwkami, zasłaniała połowę czoła. Ich czerń kontrastowała z kolorem skóry i sukienki. Soczewki zgubiłam już dawno, więc oczy koloru amarantu w tym zestawieniu nadawały twarzy niezwykłości. Drobny pieprzyk pod lewym okiem intrygował. Faktycznie wyglądałam jak postać nie z tego świata. Nie przypominałam sobie też, bym wcześniej była tak smukła. Byle diabełek mógłby mnie teraz zgnieść.
- Z Krainy Czarów się urwałam czy co? – mruknęłam, trochę przerażona własną kruchością. Lucy roześmiała się.
- Ja bym powiedziała, że jest panienka jak esencja światła. Rozświetla panienka ten pokój. Już teraz rozumiem, dlaczego nazywa panienkę „księżniczką”.
- Chociaż ty przestań. Chodźmy już. Jestem ciekawa, co ma do powiedzenia.
- Jak sobie panienka życzy. Proszę za mną.
Ruszyłyśmy zacienionym korytarzem, później schodami w dół, lecz byłam zbyt skoncentrowana na celu, by podziwiać wystrój wnętrz. Jednakże kiedy stanęłyśmy w samym salonie, nie mogłam pozostać obojętną.  Wszystko tonęło w bieli i chociaż zasłony wpuszczały do środka jedynie odrobinę światła, pomieszczenie zdawało się nienaturalnie jasne. Niewiele sprzętów tu umieścił, choć przestrzeń była ogromna. W kącie pod oknem stał biały fortepian… Lubił grać? Poza tym dostrzegłam jeszcze białą sofę nieopodal fortepianu oraz niewielki stolik, na którym rozłożono szachy. Ach, w ostatniej chwili zauważyłam jasny regalik z książkami. To wszystko, niemal spartańskie warunki. Chyba nie był przyzwyczajony do przyjmowania gości. Sam stał przy drugim oknie, z zainteresowaniem obserwując, co się dzieje na zewnątrz. Albo przynajmniej świetnie udając, iż go to obchodzi. Nie widziałam dotąd, jak wygląda.  W mroku nocy, kiedy zwykł mnie odwiedzać, zarejestrowałam jedynie długie włosy. I wciąż pamiętałam skrzydła… Nie miał ich teraz. Postanowiłam podejść bliżej, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Miałam nadzieję, że przypomnę sobie, gdzie wcześniej go spotkałam albo chociaż zrozumiem, dlaczego prześladuje mnie wrażenie, iż się znamy. Nie zareagował, gdy stanęłam tuż obok. Wyglądał równie niesamowicie jak Lucy. Może byli spokrewnieni albo coś? Górował nade mną znacznie. Spokojnie mogłam mu dać metr osiemdziesiąt wzrostu. Białe jak mleko włosy sięgały połowy pleców, przy czym związał je w wysokiego kucyka, więc rozpuszczone zapewne były jeszcze dłuższe.  Pojedyncze pasmo zwisało wzdłuż twarzy, podkreślając jej ostre rysy i wyraźnie zaznaczoną szczękę. Nie wyglądał na chuderlaka, ale czarny płaszcz muskający ziemię oraz zapinany na metalowe sprzączki skutecznie utrudniał ocenę, jednocześnie czyniąc tajemniczego wybawiciela jeszcze bardziej zagadkowym. W końcu normalnie nie spotyka się osób tak ubranych.
- Skończyłaś się przyglądać? – spytał nagle, przenosząc wzrok na mnie. Jego spojrzenie paraliżowało. Barwa oczu przywodziła na myśl wzburzony ocean – szarość mieszała się z błękitem w szalonym tańcu. Miał bardzo jasne rzęsy, prawie dorównywały kolorowi włosom. Kolejny anioł… Czemu prześladowało mnie to porównanie? Może dlatego, iż oboje byli zbyt idealni jak na ludzi?
- Zdaje się, że mowa ci jeszcze nie wróciła, więc proponuję przełożyć tę rozmowę – sarknął, powracając do poprzedniej pozycji. Odetchnęłam. Nie potrafiłam logicznie myśleć, gdy się tak wpatrywał.
- Z  głosem wszystko w porządku – odparłam sucho, nie bardzo wiedząc, jak zapytać o nurtujące mnie sprawy. Bez słowa ruszył w kierunku fortepianu, po czym oparłszy się o niego, gestem wskazał mi sofę. Zajęłam miejsce jak najdalej od niego. Skrzywił się, ale nie skomentował.
- Nazywam się Gilbert – zaczął niespodziewanie, zupełnie ignorując fakt, że właśnie miałam zadać pytanie. – Prosiłbym, byś nie przerywała mi, gdy będę wyjaśniał sytuację i mówiła jedynie, kiedy o coś spytam. – Przejrzał mnie. Zamilkłam posłusznie, czekając na ciąg dalszy.
- Wierzysz w Boga?
- Tak – przytaknęłam, nie rozumiejąc, po co mu ta wiedza.
- Opowiem ci więc historię, która od początku dotyczy Jego oraz istoty ustępującej swoją potęgą jedynie Jemu. Otóż gdy Bóg postanowił wykreować świat, rozpoczął od podzielenia światła i ciemności. Wcześniej obie te siły tworzyły Bezład zwany inaczej Chaosem. Kompletnie nie nadawał się on do przekształcenia w konkretny świat, gdyż był zbyt nieprzewidywalny oraz niestały. Dlatego należało go uporządkować. Jednakże całkowite zniszczenie połączenia między tymi dwoma siłami wydało się Bogu niekorzystne. Wtedy stworzył Feniksa – egzystencję będącą niewielką namiastką wcześniejszego Chaosu i zamykającą w sobie wszelkie jego moce, do których należały przede wszystkim umiejętności tworzenia, a także całkowitej destrukcji. Niewiele w ogromie siły różniła się od Boga, lecz stanowiła byt kierujący się wyłącznie instynktem. Pan przeraził się nieco własnego dzieła, ale nie mógł się już wycofać. Umieścił Feniksa wraz z pierwszymi ludźmi w Edenie. Nie przypominał on wówczas swojej obecnej postaci. Był raczej żywiołem. Błąkał się po wyznaczonych mu rejonach Raju, żyjąc całkiem spokojnie pod Boską opieką. Nie korzystał ze swych mocy, gdyż Wszechmocny zaspokajał jego potrzeby. Niestety, wkrótce ludzie sprzeciwili się Panu i zostali wygnani z Ogrodu. Wtedy też przepowiedział im, że pośle Swego Syna, który odkupi świat. Ludzie zaś żyjący już po Chrystusie, w zależności od swoich postępków, będą zbawieni lub potępieni. A wszystko rozstrzygnie się na Sądzie Ostatecznym…  Bóg, wiedząc że Jego miłość do ludzi nie pozwoli Mu ich skrzywdzić, wezwał do siebie Feniksa, powierzając mu misję. W wyznaczonych przez Stwórcę czasach miał zniszczyć świat, pogrążając go w rozpaczy. Następnie Pan postawił przed Swym obliczem archanioła Michała  i diabła Lucyfera. Podzielił Feniksa na dwa istnienia, powierzając Michałowi światłość – Białego Feniksa, a Lucyferowi mrok – Czarnego Feniksa. Dwie połówki jednej duszy znalazły się po przeciwnych stronach barykady. Bóg nadał im dodatkowo ludzkie ciała oraz postanowił, że jedno wcielenie trwało będzie tyle, ile ludzkie życie, po czym z popiołów zmarłego narodzi się kolejne pokolenie. Trwać to miało aż do Apokalipsy. Posłańcowi końca czasów pozostawiono pamięć o Boskim nakazie oraz świadomość własnych umiejętności, dlatego nikt nie mógł go wykorzystać…
- Przepraszam, ale czemu mi o tym opowiadasz? – Nie mogłam się powstrzymać.  Westchnął ciężko.
- Poczekaj do końca, to się przekonasz. Kontynuując, Biały Feniks trafił pod opiekę aniołów. W owym czasie byłem jednym z serafinów i właśnie mojej opiece Michał go powierzył. Nie byłem zbytnio zadowolony, lecz cóż mogłem poradzić? Rozkazów przełożonych należało słuchać. Wyobrażałem sobie przed pierwszym spotkaniem jego wygląd, ale nawet nie przypuszczałem, iż stanie przede mną kobieta. Nie miała imienia, więc nazywałem ją po prostu księżniczką, czasem  Światłem. Nie lubiła tego i zawsze się krzywiła, ale nie zwracałem na to uwagi. Spędzałem z nią cały czas, rzadko tylko wyruszając na drobne misje. Oczarowywała swoją inteligencją, urodą oraz nieskalanym wdziękiem… Bardzo szybko w moim sercu pojawiło się uczucie, którego wcześniej nie znałem. Długo nie potrafiłem pojąć, co się ze mną dzieje. W końcu zrozumiałem… To była miłość. Przeraziłem się, bowiem uczucie to dla aniołów było czymś zakazanym. Próbowałem spędzać z nią mniej chwil, wyruszałem na dłuższe wyprawy, ale żar nie słabł. Dodatkowo w Niebie pojawił się zmyślny diabeł, który przeniknął jakoś w nasze szeregi i bardzo szybko odkrył, co czuję. Jego podszepty sprawiły, że obok miłości pojawiła się jeszcze żądza. Po kilku miesiącach walki z samym sobą poprosiłem ją o rozmowę, podczas której wszystko wyznałem. Okazało się, iż odwzajemnia moje uczucia. Zaczęliśmy znowu bywać ze sobą nieustannie, dając upust emocjom po kryjomu. Byłem wtedy taki szczęśliwy! Bardzo szybko za to zapłaciłem. Michał nie należał do głupców. Odkrył, że złamałem zasady. Aresztowano mnie, zaprowadzono przed oblicze Rady, by ostatecznie skazać na wygnanie. Z połamanymi, poszarzałymi oraz skrwawionymi skrzydłami wylądowałem na Ziemi, gdzie tkwię po dziś dzień. Stałem się jednym z Przeklętych. Bloody Wings, wyobrażasz sobie? Zawieszony pomiędzy dobrem a złem, na zawsze skazany na samotność… Tak mnie ukarano za miłość. A przecież mówiono mi, że jest najpiękniejszym, najbardziej wartościowym uczuciem… - przerwał. Kątem oka dostrzegłam, iż zaciska dłonie w pięści. Znajomo brzmiała ta historia…
- W każdym razie po kilkuset latach usłyszałem od dawnego przyjaciela, że wspomniany wcześniej wróg  podstępem uprowadził Białego Feniksa. Co gorsza, to samo stało się w Piekle, więc nie można było winić Lucyfera.  Niedługo po tym upadła władczyni Sementii, Persefona, a do jej detronizacji użyto połączonych mocy obu Feniksów. Bóg szybko interweniował, na powrót rozdzielając dusze. Gdzie je ukrył? Dopiero niedawno wyszło na jaw, iż narodziły się jako zwykli ludzie. Żyły gdzieś wśród nich, nie pamiętając niczego z poprzednich wcieleń. Rozpoczął się wyścig. Fałszywa Śmierć, Piekło – wszyscy chcieli przechwycić tę potęgę. Sam również rozpocząłem poszukiwania. Chciałem odnaleźć Białego Feniksa oraz zapewnić mu bezpieczeństwo, dotrzymując przysięgi, którą złożyłem w Niebie – obiecałem, iż zawsze będę ją chronić. Miała na wieki pozostać moją księżniczką.  Śledztwo doprowadziło mnie do Sorrow. Nieoczekiwanie zebrały się tam oba Feniksy, ale Czarnego zignorowałem. I tu docieramy do miejsca, wiążącego się z tobą.
- Nie – szepnęłam. Powoli rozjaśniało mi się w głowie.  – Chyba nie chcesz powiedzieć…
- Nie uciekniesz przed tym, Raiso Koudnikaulos. Jesteś kolejnym Białym Feniksem – Światłością. Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, nie mogłem się powstrzymać i podszedłem. Naprawdę niczego nie pamiętałaś, więc wymazałem spotkanie z twojej pamięci, szukając jednocześnie innego sposoby na przywrócenie ci wspomnień. Potem posłużyłem się pasożytem kręcącym się w pobliżu Czarnego. Miała was tylko nastraszyć… Nie wiem, co poszło nie tak, ale skończyło się tragicznie. Ostatecznie uratowałem cię przed unicestwieniem i trafiłaś tutaj…  - zamilkł.
- Niemożliwe – wyszeptałam. Cała historia brzmiała nieprawdopodobnie… Czy tak czuł się Shane, gdy opowiadałam mu o Posłannikach? Kręciło mi się w głowie. Zbyt dużo szokujących informacji wypłynęło na światło dzienne. Serce biło szybciej niż zazwyczaj. Bałam się. Biały Feniks? Apokalipsa? Naprawdę miałam kiedyś zniszczyć świat? Jakby tego było mało, to przeze mnie Justine tkwiła teraz na Ziemi. Pokonałam samą Śmierć… Złapałam się za głowę, próbując się uspokoić. Wdech, wydech, tylko spokojnie. Musiałam zadać jeszcze kilka pytań. Drugi raz taka okazja mogła się nie trafić. Na panikowanie przyjdzie jeszcze czas.
- Zauważyłaś na pewno, iż posiadasz ciało, mimo że w gruncie rzeczy umarłaś dawno temu. Dodatkowo posiada ono nadludzkie możliwości. U normalnego człowieka rany nie zagoiłyby się tak szybko, a tobie wystarczyło kilka tygodni. Nie znam dokładnie umiejętności Białego Feniksa, ale zdaje mi się, że należy do nich „tworzenie”. Powyższe przykłady potwierdzałyby moje przypuszczenia – powiedział, przerywając wewnętrzną walkę, którą toczyłam.  A więc mogłam kreować jak Stwórca? Cóż za niedorzeczność, przecież nikt z wyjątkiem Niego nie powinien posiadać tak potężnych zdolności.
- Wiem, co sobie myślisz, ale czyż nie mówiłem, że potęgą ustępujecie jedynie Bogu? 
- Nie grzeb mi w głowie teraz – warknęłam. Nawet nie zareagował. Wzrok znowu wbił w okno. Wspominał?
- Czegoś nie rozumiem – zaczęłam ostrożnie. – W swojej relacji napomknąłeś, iż w Sorrow znalazłeś też Czarnego Feniksa. Nie wykryłam nic… - przerwałam. Ewidentne kłamstwo. Przecież w parku czułam tę niesamowitą aurę.
- Morderstwo w parku to jego robota. Ty jesteś bytem, który „tworzy”. Światło i mrok są przeciwstawne. Już wiesz, co jest zadaniem Czarnego Feniksa?
- Destrukcja – szepnęłam. Przytaknął.
- Ale dlaczego akurat musiał zginąć człowiek? Niszczyć można cokolwiek… Hej, ty na pewno wiesz, kim jest. Powiedz mi – zażądałam.  – Muszę wrócić i go powstrzymać.
- Chcesz wiedzieć, nawet jeśli cię to zrani? – spytał. O czym on bredził?
- Po twojej minie widzę, że jeszcze się nie domyśliłaś, księżniczko.  – Uśmiechnął się współczująco, wzrok znowu kierując na mnie. Było w nim tyle ciepła, że mimowolnie zadrżałam. Część mnie chciała się zanurzyć w tym oceanie i po prostu o wszystkim zapomnieć. Nie! Nie mogłam sobie na to pozwolić. Czekali na mnie. Nie chciałam ponownie zawieść.
- Myślę, że najlepiej będzie, gdy sama sobie na wszystkie pytania odpowiesz – szepnął. Kolejna zagadka. Nie pamiętałam przeszłych wcieleń. Niby jak miałam…
- Znam sposób, księżniczko, ale muszę spytać jeszcze raz: na pewno tego chcesz? Nie będziesz patrzeć na rzeczywistość jak dotąd. Ciężar misji przytłoczy cię. Na barkach spocznie los ludzkości, a osoby bliskie okażą się wrogami. Niejednokrotnie będziesz płakać w samotności, a ja nie zawsze dam radę cię pocieszyć.
- To nic. Mogę walczyć samotnie z całym światem, jeżeli mam dla kogo i wiem, o co walczę. Przywróć mi pamięć, skoro jesteś w stanie. Nie ma nic gorszego niż utrata wspomnień. Masz wrażenie, że przez te wszystkie lata po prostu nie istniałeś… To irytujące, gdy ktoś wie o tobie coś, o czym sam nie masz pojęcia.
- Rozumiem, niech będzie.  – Nieoczekiwanie ruszył, zasiadł za pianinem i otworzył klapę. Z pewną nostalgią spojrzał na klawisze.
- Lubisz grać? – zadałam pytanie, które pojawiło się, gdy tylko przekroczyłam próg salonu, jeszcze nieświadoma niczego. Znowu ten smutny uśmiech.
- Kiedy jeszcze byłem aniołem, często pełniłem rolę pianisty. Gdy znikło światło mego życia, znienawidziłem swój dar, ale jednocześnie nie potrafiłem się od niego uwolnić. Kocham pianino i nienawidzę równie mocno, ponieważ melodia niesie ze sobą słodkie wspomnienia, które sprawiają ból – odparł. Zamilkłam, nie wiedząc, jak to rozumieć.
Minęła chwila. Dźwięczna cisza wypełniała pomieszczenie. Pierwsze takty wybrzmiały po chwili wahania, jakby nadal nie był przekonany do słuszności swych działań. Znałam tę piosenkę.

                     „Światło i ciemność…”

Jego głos przeszywał ciało. Przypominał mróz w zimowe dni. Słowa pojawiły się nagle i bez zastanowienia dołączyłam.

„… byty dwa
Tak bardzo różne,
a tak sobie bliskie.
Bez światłości mrok
traci głębię swej czerni.
Bez ciemności blask
nie jest tak zbawienny.

Moja biała księżniczko
o srebrzystych skrzydłach
wyciągnij swą bladą dłoń
zanurz ją w mroku serca
zagubionego chłopca.
Poprowadź go ku jasności
złapcie się za ręce
zatańczcie niczym figurki
ze starej pozytywki.

Światło i ciemność
byty dwa
połączą się w jedno,
by zniszczyć i zbawić ten świat.
A ja będę stał tuż obok
zapatrzony w twój blask
moja kochana księżniczko
o srebrzystych skrzydłach."


Ostatnie słowa rozpłynęły się. Pozostała tylko melodia. Koiła zmysły, mięśnie wprowadzała w stan odrętwienia. Unosiłam się w powietrzu, a może na wodzie, czując że oddalam się od tego salonu i anioła-pianisty. Poczułam jeszcze tylko zimne palce gładzące mnie po policzku oraz błagalny szept. Rozpoczynałam podróż w poszukiwaniu doświadczeń minionych pokoleń. Wiedziałam, że już nigdy nie będę taka sama. Bałam się, ale nie mogłam żyć w niewiedzy.
Obraz przed oczami rozmył się, ostatecznie odrywając od teraźniejszości.

Z trzepoczącym sercem, urywanym oddechem zrobiłam krok ku nieznanemu.

***

Wróciłam! Nareszcie udało mi się znaleźć czas i wenę, by coś napisać. Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda... No nic, starałam się, jak mogłam, a ocenę zostawiam Wam. Powiem szczerze, iż jestem dość zadowolona.  Spodziewaliście się czegoś takiego? Ciekawa jestem Waszych przemyśleń

A teraz trochę spraw organizacyjnych:P 
Po pierwsze: doskonale zdaję sobie sprawę, że mam u większości z Was nadal potworne zaległości. Powoli nadrabiam, lecz po tak długiej nieobecności trochę się tego nazbierało. Czekajcie więc, a na pewno się pojawię. 
Po drugie: nadal mam w planach renowację tego opowiadania. Nie wiem, na ile mi czas pozwoli, ale postaram się w niedługim czasie zacząć poprawiać oraz reorganizować całą treść. Pewnie w zakładkach też coś pozmieniam, zobaczę. Planuję zmianę szablonu, lecz na razie nie znalazłam odpowiedniego obrazka.
I po trzecie: chciałabym, żeby osoby, które chcą być powiadamiane, dały o tym znać. Po tak długim czasie naprawdę nie wiem, kogo mam jeszcze powiadamiać... 

To tyle. Pozostaje mi jeszcze złożyć Wam życzenia noworoczne. Tak więc oby 2014 był lepszy od poprzedniego, pełen kolorów i radości z życia. Niech się Wam spełnią wszystkie plany, a i niektóre marzenia. Dużo niezapomnianych w pozytywnym znaczeniu chwil. I wszystkiego, co tam jeszcze sobie życzycie. 
Do następnego razu, oby szybciej, niż po kilku miesiącach;)

15 komentarzy:

  1. Jak mogłabym przestać tu zaglądać? Chyba żartujesz! Z wielkim utęsknieniem czekałam na twój powrót. I proszę, wreszcie się doczekałam. Powiem ci, że wcale się nie dziwię, że rozdział ci się spodobał, bo według mnie jest rewelacyjny! Wynagrodził mi to dłuugie oczekiwanie :) Przepełniony był pięknymi opisami, szczególnie tymi dotyczącymi uczuć i emocji.
    Chociaż z początku nie miałam zielonego pojęcia, gdzie znajduje się ta nasza biedna Raisa. Czułam się niemal tak samo zagubiona, przerażona i bezbronna jak ona. Dziewczyna budzi się w całkiem obcym pomieszczeniu, okaleczona, wręcz przykuta do łóżka bez zdolności mowy i zarazem jakiejkolwiek obrony. To nie są perspektywy, które nastrajałyby pozytywnie kogokolwiek. Ale jednak żyje! A to życie ocalił jej... No właśnie - kim on w ogóle jest? Skąd zna naszą bohaterkę? Bo to, że jest ona dla niego kimś bliskim jest dla mnie jasne jak słońce. Inaczej nie pozwoliłby sobie na takie czułe gesty względem jej. Tylko skąd on ją zna? Dlaczego budzi w niej takie odczucia? Tak samo jak dla Raisy było to dla mnie jedną niewiadomą. Przeraża mnie za to fakt, że on tak po prostu może czytać jej w myślach. To wielkie zagrożenie, choć w tym przypadku również pewnego rodzaju ułatwienie. W końcu nie mogliby się porozumieć, gdyby tego nie potrafił. Ale to w sumie guzik dało w tamtym momencie, bo nieznajomy wyszedł, nie próbując jej nic tłumaczyć.
    I ta cała Lucy! Wydaje się całkiem sympatyczna. Lubię takie rozgadane, pełne optymizmu postaci. One zawsze dużo wnoszą do opowiadania. I oczywiście fakt, że pomogła dziewczynie dojść do siebie również przemawia na jej korzyść.
    A więc nieznajomy to Gilbert... Kurczę, strasznie bezpośredni facet i na początku wydał mi się wręcz oschły. Potem trochę zmieniłam o nim zdanie, ale wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą.
    Ta jego opowieść... Wow. Podziwiam cię, że potrafiłaś wymyślić coś podobnego. Kilka kwestii zostało wyjaśnionych, ale nadal kilka mnie nurtuje. Wiem już kim jest Feniks i jakie zadanie zostało mu przypisane. Tak potężna siła! Kurczę, to nie wróży zbyt dobrze. Ale czekaj... Ten podział... Czyli Raisa jest Białym Feniksem, a Shane tym Czarnym? A Gilbert jest aniołem, tak? Nie, raczej upadłym aniołem za swoje nieposłuszeństwo. I to on opiekował się tą "dobrą" częścią Feniksa? Dlatego Raisie wydaje się, że go zna! Ona jest kolejnym wcieleniem Feniksa! Ale to niemożliwe... Raisa i Shane mają zniszczyć świat? Mają mieć swój udział w Bożym Sądzie? W Apokalipsie? Ich spotkanie ma to rozpocząć? Czy tylko nad interpretuję fakty? Ale przecież oni już przebywali ze sobą i żadnego wielkiego boom, którym miałby zniszczyć ziemię nie było... Chyba, że wcześniej było jeszcze za wcześnie? Może chodziło o to, że nie byli świadomi? Te moce nie były wyzwolone, uaktywnione? Matko, zbyt dużo tych pytań. A ta piosenka? Ona daje nadzieję. W końcu mówi o tym, że Światłość ma być zbawieniem dla Ciemności, a oba byty bez siebie istnieć nie mogą... A jednocześnie razem osiągną tak potężną moc... Wcale mi się to nie podoba. Tzn. podoba bardzo! Ale aż boję się pomyśleć co z tego wyniknie...
    Trzymaj się kochana! Pisz szybciutko i nie znikaj już tak więcej.
    Również życzę ci wszystkiego najlepszego w 2014 roku. Niech będzie on lepszy od swojego poprzednika i przyniesie zapas weny na wszystkie te długie dni :)
    Pozdrawiam! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. oczywiście możesz mnie powiadamiać na moim blogu: http://evanslily.blogspot.com/2014/01/rozdzia-4.html - dzisiaj dodałam nowy rozdział
    rozdział moim zdaniem zdecydowanie bardziej udany od poprzednich! życzę weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że w koncu udało Ci się napisać rodział. Tak wiele rzeczy w nim wyjaśniłaś. Teraz to widzę, że moje spostrzeżenia o których kiedyś rozmawiałyśmy były bliskie temu co wymyśliłaś. Kurcze wiedziałam, że Raisa będzie kimś niezwykłym ale, że będzie drugą połową Feniksa nigdy bym nie zgadła. Widać też, że zbliżamy się do końca

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem pod wielkim wrażeniem tego rozdziału... tego i kilku poprzednich których nie skomentowałam bo jakoś nigdy nie wiem co w komentarzach pisać...
    Cóż po odebraniu Selene przez Raise miałam pomysł co do jej tozsamości ale ni spodziewałam się że będzie Białym Feniksem... Jedynie stwierdziłam że łączy się ze światłem...
    Jestem bardzo ciekawa co wydarzy się dalej i co ciekawego znowu nam zaprezentujesz.
    Mam nadzieję że tym razem przerwa będzie krótsza bo umrę przez tą ciekawość..
    Pozdrawiam c:

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wróciłaś <333 Już się doczekać nie mogłam, aż coś tu napiszesz. W końcu pojawił się rozdział i jest... no nie wiem, szokujący, oczywiście w taki pozytywnym sensie. Czegoś takiego w ogóle się nie spodziewałam. Raisa białym Feniksem, Shane czarnym... kiedyś stanowili jedność, jej, aż ciężko mi to sobie wyobrazić. Czy Justine wiedziała, że Raisa nie jest zwykłą Posłanniczką? Jeśli tak, to nic nie wskazywało na to, by miała jej za złe, że to przez nią straciła władzę, w dodatku jej pomagała. W jaki sposób ten anioł zamierza przywrócić jej wspomnienia? Tą piosenką? Tylko czy ona na pewno jest na to gotowa? A co z Sahne'm? Mam nadzieję, że teraz nie zostaną tak całkowicie wrogami. Chociaż ich siły tak jakby równoważą wszystko, więc ciężko stwierdzić, czy to, że stoją po przeciwnych stronach oznacza, że są wrogami. Chyba nie.. aj... rozdział był niesamowity i mam nadzieję, że kolejny bardzo szybko się pojawi, bo już nie mogę się doczekać, co będzie dalej. Heh, wychodzi na to, że Śmierć i Piekło nie tylko na Shane'a polują, ale na Raisę też... Czyli już wiadomo, czemu Śmierć chciała, by Raisa znalazła Shane'a... Chciała ich... połączyć czy coś? Biedna Raisa nawet nie wiedziała, że też mogłaby przez to zostać jej... jejku, jak to nazwać, bronią? :d Nie dziwię jej się, że jest w takim stanie. Usłyszeć takie informacje o swojej przeszłości to raczej nic przyjemnego.

    OdpowiedzUsuń
  8. Super, że wróciłaś:D Oczywiście mnie powiadamiaj.
    Rozdział genialny. Jestem pod wrażeniem i nurtuje mnie pytanie: czy od początku tak właśnie miało być, czy też pomysł na to, kim jest Raisa i Shane przyszedł w trakcie pisania?
    Muszę przyznać, że odkąd czytam Twoje powieści, piszesz je coraz lepiej. Mogę nawet śmiało powiedzieć, że widzę w ostatnich rozdziałach profesjonalizm. Mam nadzieję, że wydasz Taniec ze Śmiercią, na pewno bym kupiła:) Pozdrawiam;)
    Ps. Zapraszam do mnie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Oby szybciej, niż po kilku miesiącach" - ech... :(

      Usuń
  9. I jest kolejny rozdział! Serio, nie będę liczyć, ile dni na to czekałam, ale zdecydowanie za długo. Czasy maturalne - złe czasy, zdecydowanie złe. ;)
    Cóż, powiem tak: spodziewałam się tego, że Raisa i Shane będą dwoma kawałkami czegoś większego, ale nie spodziewałam się całej reszty. ;D Pojawiły się dwie postacie, ale nie mogę powiedzieć, że pałam do nich jakąś specjalną sympatią. O ile Aniołek ma wzruszającą historię, to wydaje mi się, że on coś ukrywa, albo po prostu jestem zbyt podejrzliwa? Tak, to na pewno to. Lucy jest sympatyczna, ale nie przebije Justine, taka jest moja teoria.
    Ogólnie rozdział jest świetny, już sobie nawet pomyślałam, że wyjawiłaś już wszystko. Ale przecież Raisa "cofa się w przeszłość", w następnym rozdziale pewnie mnie jeszcze bardziej zaskoczysz. I tak sobie myślę - skoro wiemy, że poprzedni Biały Feniks to ta kobiecina, w której zakochał się Gilbert (kurde, ciągle chcę pisać, że Gabriel...), to może dowiemy się też co nieco o poprzednim Czarnym...? Chyba mam za daleko idące życzenia. :D
    Tak swoją drogą - nie wydaje Ci się, że Shane w jakiś sposób wpłynął na Raisę? (Albo, nie wiem, odzywa się w nich fakt, że obydwoje są jednością i w ogóle) Trochę czasu minęło, ale nie przypominam sobie, żeby wcześniej miała takie odzywki. :D
    Zastanawiam się - dlaczego Bóg podzielił Feniksa? Skoro Biały ma moce tworzenia, czy to nie jest nie w jego naturze, by brać udział w Apokalipsie? Że tak brzydko powiem: Bóg nie wpadł na to, że Biały może się temu przeciwstawić, tym samym ryzykując buntem ze strony kogoś tak silnego? (cóż, może nie pełen bunt, ale sama Raisa jest tym przerażona, cnie?) I tak sobie myślę, że Fałszywka raczej nie miała tyle mocy (nawet z pomocą Hadesa), by ukraść i Białego, i Czarnego Feniksa, więc pewnie the worst ukrywa się gdzieś w mrokach. Takie mniej-więcej są moje przemyślenia. :D
    Kończę tym mój beznadziejny komentarz, życzę dużo Weny w tym nowym roku, mam nadzieję, że znajdziesz czas na wszystkie swoje przyjemności i obowiązki. :) Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  10. Jestem! Przepraszam Cię, że tak długo zwlekałam, ale naprawdę nie miałam weny do napisania komentarza. Ale lepiej się powstrzymać, aniżeli napisać dwa słowa. Tak przynajmniej ja uważam ;) Wolę jednak jakąś treść w komentarzu zamieścić :D
    No tak, styl jak zawsze zachwycający. Nie wiem, jak Ty to robisz, ale wszystkie Twoje rozdziały pochłaniam wręcz żywcem. Wiem, że miliard razy Ci to już mówiłam, lecz uważam, iż komplementów nigdy za wiele. Według mnie trzeba mówić osobie, która ma talent, że go naprawdę posiada, ponieważ w innym wypadku mogłaby przejść obok niego obojętnie, nie próbując nic osiągnąć w dziedzinie, w której wykazuje naprawdę wysoki poziom. :) Bo tak, jesteś taką osobą, której przewiduję dużą przyszłość w literaturze. Oczywiście nie mówimy tutaj od razu o jakichś ogromnych sukcesach, bo każdy wie, że to się raczej nie zdarza. Trzeba pracować nad swoim stylem. Ale Ty masz według mojej skromnej oceny bardzo dobre początki, więc... Jest jeszcze jakaś przeszkoda, by realizować się w swojej pasji? ;)
    Feniks. Biały Feniks. Bo, że Czarnym jest Shane. Ale ja myślałam, że jest tylko jeden. Może coś podczas czytania przeoczyłam, albo po prostu nie pamiętam już, lecz czytając ten rozdział byłam pewna, iż Feniks jest jeden i jest nim właśnie Shane. A tu się okazuje, iż został on podzielony na dwie części. Cóż, dosyć niekonwencjonalne przedsięwzięcie, muszę przyznać... Niemniej jednak bardzo ciekawie pomyślane. Zaskoczyło mnie to. To tak jakby Yin i Yang. Dwie połowy, jedna mroczna, druga jasna, które wzajemnie się uzupełniają. Utrzymują równowagę na świecie.
    Tak naprawdę pojawienie się anioła nie było dla mnie zaskoczeniem. Po prostu wiem, że jak jest gdzieś demon, to i anioł musi dać o sobie znać. Tak nauczył mnie "Supernatural". Troszkę żałuję, że ten aniołek nasz ma długie włosy, bo teraz stoi mi przed oczami Legolas, a ja go jedynie jako elfa widzę i nie potrafię go dopasować do tej roli, ale mimo tego ciągle to on się nasuwa, ale przecież to jest jedynie drobny szczegół.
    A imię Gilbert mi się kojarzy z "Co gryzie Gilberta Grape'a" i z "Anią z Zielonego Wzgórza" :D Takie już zboczenia umysłowe przez oglądanie zbyt dużej ilości filmów :P

    I jeszcze chciałam zaznaczyć, że ja naprawdę nigdy w życiu nie nauczę się pisać nazwiska Raisy. Choćbym nie wiem, ile razy próbowała, nie ma szans. Mój umysł się przed nią, niestety, zamknął!

    Pozdrawiam serdecznie i życzę Ci dużo weny, żebyś szybko dodała coś nowego, bo robi się naprawdę niesamowicie ciekawie ;) (jakby do tej pory tak nie było)

    OdpowiedzUsuń
  11. Uf, nareszcie udało mi się tu dotrzeć ;) Troszkę mi to zajęło, ale rozdział jest dość długi, wiec musiałam poczekać na dzień, w którym mam trochę czasu i niezbyt zmęczony umysł ;)

    Rozdział porywający, wciągający i ciekawy. Cała ta historia z Feniksem. Może ociupinkę przewidywalna w pewnym momencie, ale tylko ociupinkę.Hm... I wydaje mi się, że użycie tam słowa "egzystencja" jest dośc niefortunne. Jest ono raczej synonimem "życia", "trwania" niż "bytu" czy "istoty".

    Odkrywanie wspomnień zapowiada się ciekawie.

    I wydaje mi się, że przy nazwisku Lucienne powinno pojawić się d' zamiast de, ściąga się z A na początku nazwiska ;)

    Zazdroszczę umiejętności pisania tak długich rozdziałów ;)


    "prawie dorównywały kolorowi włosom"

    Pozdrawiam i życzę weny w Nowym Roku ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Przeczytałam ten rozdział już wcześniej, ale jakoś nie miałam czasu skomentować, a przyznaję,. że jest co komentować :D
    Na sam początek muszę się trochę pozachwycać długością. Sama bym chciała pisać tak długie notki. Dzięki temu mogłam się dać pochłonąć do reszty przedstawianej przez ciebie historii, za co ci po prostu dziękuję :D Osobiście mam nadzieje, że kolejny rozdział zawita tu już niebawem i będzie równie długi, choć nie narzekałabym, gdyby był jeszcze dłuższy...
    Zupełnie nie spodziewałam się tego, że Raisa okaże się Białym Feniksem. Przyznaję, że tym mnie kompletnie zaskoczyłaś, jak również tą jej przeszłością, której nie pamięta, ale jak widać do czasu. Jestem ciekawa, jak bohaterka zmieni się po poznaniu tego, co przydarzyło jej się w przeszłości. W sumie obawiam się tej zmiany... Nie powiem, ale sprawia to, że tym bardziej nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. W sumie jestem ciekawa nie tylko tego, jak dziewczyna zareaguje na swoje wspomnienia, ale również, a może przede wszystkim, co zrobi, gdy dowie się kto jest Czarnym Feniksem. Zostawiłaś mnie z wieloma zagadkami... Eh... Oby następny rozdział pojawił się szybciej niż ten :D
    Tak na sam koniec muszę ci powiedzieć, że piszesz niesamowicie, gdy się czyta twoje opowiadanie zwyczajnie zaczyna się tonąć w jego świecie i nie można oderwać się od monitora. Gratuluję ci tego i życzę weny :D Pozdrawiam :D
    PS: Jeśli chodzi o opowiadanie "Magia rysunku", to jest ono już w całości udostępnione na blogu - to link do ostatniej części: http://some-stories.blog.onet.pl/?p=317

    OdpowiedzUsuń
  13. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo tęskniłam za tym opowiadaniem. Z niecierpliwością czekałam na nowy rozdział i wreszcie mogłam go przeczytać :) Kochana piszesz świetnie, a ta historia jest jedną z moich ulubionych, dlatego mam nadzieję, że doprowadzisz ją do końca. Ja na pewno będę Cię wspierać.
    Prawdę mówiąc bardzo się bałam o Raisę, sądziłam, że to starcie z Millianną nie będzie miało szczęśliwego zakończenia. Na szczęście pojawił się pewien skrzydlaty wybawiciel... Mimo wszystko najbardziej zastanawia mnie niezwykła przemiana, jaka zaszła w ciele byłej Posłanniczki. Teoretycznie stała się człowiekiem, ale nie takim normalnym, prawda? W końcu wyjątkowo szybko doszła do siebie po tak ciężkim wypadku - użyję słowa wypadek z braku lepszego - dlatego nie wiem, co konkretnie zaszło w jej ciele. Myślałam nawet, że to może być koniec Raisy, że ona tego nie przeżyje, tymczasem wróciła do zdrowia wręcz ekspresowo. Nie to, że się nie cieszę, po prostu jestem ciekawa :D Muszę przy okazji wspomnieć o Lucy, która jest przeuroczą postacią, naprawdę. Poczułam do niej ogromną sympatię już od samego początku. Jest taka słodka, ciepła, Raisa naprawdę trafiła w dobre ręce.
    To jak opisałaś Gilberta zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Oczywiście czekałam na tę chwilę odkąd się okazało, że ktoś faktycznie uratował Raisę, cały czas się zastanawiałam, kim jest tajemniczy obrońca. Jakoś mnie nie zdziwiło, kiedy wyszło na jaw, że facet jest aniołem, a w każdym razie nim był. Jego wygląd i sama aura, jaką roztaczał, od razu mi się z tym skojarzyła. Musisz wiedzieć, że uwielbiam anielskie motywy w opowiadaniach, zwłaszcza, jeśli dotyczą one upadku przedstawicieli tejże grupy. Z kolei historia opowiedziana przez Gilberta kompletnie wytrąciła mnie z równowagi. A więc jest też Biały Feniks, na dodatek to przeznaczenie Raisy! Ucieszyła mnie ta informacja, a raczej cieszyła mnie, dopóki sobie nie uświadomiłam, kto jest przeciwieństwem Światła... Shane. Czy on naprawdę jest zły do szpiku kości? Bo wciąż nie potrafię w to uwierzyć. Oczywiście to, co wyprawiał ostatnio nieźle mnie przestraszyło, ale nadal trzymam się strzępek nadziei, że jest dla niego jakaś szansa.
    Rozdział jest naprawdę niezwykły. Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy; mnie powiadamiać nie musisz, jako że mam Cię na liście blogów i od razu wiem, kiedy dodasz nową notkę :)

    OdpowiedzUsuń
  14. No, jesteś:) super:) Ja też jakoś długo tu nie zaglądałam:(
    Ale ważne że wróciłaś w wielkim stylu:) Świetny rozdział. Naprawdę coraz lepiej Ci wychodzi te opowiadanie:)
    Oby tak dalej:)
    Czika:)

    OdpowiedzUsuń